MARYJA!

Pierwsze aresztowanie
DAROWIZNA
SŁUCHAJ ON-LINE
POGOTOWIE MODLITEWNE
Termomodernizacja

Pierwsze aresztowanie

19 września 1939 r. św. Maksymilian M. Kolbe i grupa współbraci zostali po raz pierwszy aresztowani. Były to pierwsze dni II wojny światowej. Co w tamtych dniach działo się za bramą klasztoru w Niepokalanowie, opowiadają ci, którzy przeżyli.

We wspomnieniach br. Juliusz Grzybowski napisał:

Pierwszego września, w piątek, już o 15.00 bombowce w liczbie 25 z czarnymi krzyżami na skrzydłach, jęcząc złowrogo, przeleciały wysoko w błękicie nieba nad Niepokalanowem w kierunku Warszawy. Dnia następnego mieliśmy już częste alarmy przed nalotami. Praca we wszystkich działach zamarła. Mieszkańcy Niepokalanowa co chwila kryją się do schronów. W niedzielę (3.09) samolot niemiecki w czasie obiadu krążył tuż nad refektarzem, a bracia kryli się w piwnicy i pod stołami, nikt nie wybiegł z refektarza, aby nie ujawnić pilotowi naszego zgrupowania. Jednak po godz. 15.00 drugi nalot. Spadły 3 bomby.

W dalszej części kroniki czytamy:

We wtorek, 5 września, o. Maksymilian po powrocie od o. Prowincjała Maurycego Madzurka, ogłosił, że bracia mogą się zgłaszać do szeregów Polskiego Czerwonego Krzyża, a inni mogą udać się do swoich rodzinnych domów. Miał być ewakuowany cały powiat. Każdy z braci otrzymał 5 zł do ręki, suchy wikt i wyruszył w nieznane. Z 635 braci poszło w rozsypkę 572. Już 6 września w Niepokalanowie pozostało 63 braci. 7 września przeżyliśmy pierwsze poważne bombardowanie. Jedna z bomb spadła na tak zwany kwadrat. Po tym bombardowaniu Niepokalanów opuściło kolejnych 20 braci. W klasztorze pozostało tylko 43 braci. Klasztor przyjmuje wielu rannych.

Inny brat Nazariusz Słota tak wspomina przemówienie, które o. Maksymilian wygłosił do braci 5 września, w dniu ewakuacji Niepokalanowa:

Na dzwonek o godz. 16.00 zebraliśmy się w refektarzu. Po podwieczorku o. Gwardian wszedł na ambonę i tak do nas przemówił. Drogie dzieci! Powiat sochaczewski ma być ewakuowany. Dobrze nam tu było razem, pod czuła opieką Niepokalanej, lecz nadszedł czas, że musimy się rozejść. Przepraszam was za wszystkie zgorszenia, jakie Wam kiedykolwiek dałem i za wszystkie przykrości, jakie Wam wyrządziłem. Ja od Was przykrości prawie nie miałem. Czasem jakieś drobiazgi, ale o nich już nie pamiętam. Drogie Dzieci! Teraz idziecie na misję. Pamiętajcie, by świecić zawsze dobrym przykładem. Pamiętajcie, że Niepokalanów to nie te opłotki czy budynki. Gdzie znajduje się niepokalanowianin, tam jest Niepokalanów. Niepokalanów ma być w duszach i sercach waszych. Pamiętajcie o tym, co przyrzekaliście Niepokalanej i bądźcie wierni tym zobowiązaniom. [...]

Wielu z Was już tutaj nie powróci więcej. Ja też tej wojny podobno nie przeżyję. Ale pamiętajcie: Kochajcie Niepokalaną i we wszystkich trudnościach do Niej się zwracajcie, a Ona na pewno was wysłucha i szczęśliwie przeprowadzi przez wszystkie trudności.

Dużo pracowałem nad tym, by Niepokalanów był wierny swoim ideałom, i żeby tutaj zawsze kwitła karność zakonna. Pragnę, by Niepokalana zawsze była zadowolona ze swego Niepokalanowa. Dlatego przyrzeknijcie mi bracia, że będziecie się starać zachowywać to wszystko, o czym tyle wam mówiłem.

W dalszej części tego opisu brat wspomina, że o. Maksymilian udzielił wszystkim błogosławieństwa. Z wieloma braćmi rozmawiał osobiście, dodając im otuchy. Trzeba dodać, że o. Maksymilian pozostał z klasztorze trochę przez przypadek, a raczej przez zrządzenie Bożej Opatrzności. Pierwotnie cały klasztor miał być ewakuowany. Jednak sytuacja braci, którzy opuścili Niepokalanów, okazała się trudna. Wielu z nich tułało się w walczącej Warszawie. Prowincjał, widząc tak trudną sytuację, polecił o. Maksymilianowi pozostać w klasztorze i zaopiekować się tymi, którzy powróciliby do klasztoru.

W klasztornych kronikach czytamy, że 8 września był dniem spokojnym. Obok Niepokalanowa przemieszczało się Wojsko Polskie i wielu cywilów. Kuchnia klasztorna wydawała im posiłki i rozdawała chleb.

11 września o. Maksymilian zalecił sprzątanie Niepokalanowa. W tym dniu wysprzątano wszystkie pomieszczenia i cele klasztorne, a łóżka zostały na nowo pościelone, czekając na potrzebujących. W tych dniach od rana do wieczoru palono numery "Małego Dziennika" i inne dokumenty, aby w razie aresztowań nikogo nie narazić.

12 września do Niepokalanowa trafiło kilku rannych żołnierzy.

13 września spotkaliśmy się oko w oko z niemieckim okupantem - napisał br. Nazariusz Słota. - W dniu 14 września odbył się drugi pogrzeb zmarłego żołnierza polskiego. [...] Po południu przyjechał do klasztoru sanitariusz niemiecki, który poprosił o. Gwardiana, aby odział go w habit i ukrył w klasztorze. Mówił, że jest Czechem, że był zakonnikiem i że siłą został wcielony do wojska. Twierdził, że uciekł i że jeśli zostanie złapany, to będzie rozstrzelany. O. Maksymiliana zrozumiał cel jego wizyty, gdy ten beztrosko zapalił papierosa i odpowiedział mu, że nie może mu pomóc, ale niech uda się do Warszawy do wyższego przełożonego, który mu pomoże. Szpieg nalegał. W końcu br. Hieronim, który tłumaczył, zaproponował, że może on mógłby zostać rozstrzelany za niego. Na co szpieg rozzłościł się i wyszedł.

Cały czas nad Niepokalanowem słychać było strzały, a na niebie łuny światła.

Nadszedł 19 września. Rano, jak zwykle, bracia udali się na modlitwę. O. Maksymilian zachęcał braci do ufności i zgadzania się z wolą Bożą we wszystkim. Po śniadaniu wszyscy rozeszli się do swoich prac. Br. Bonawentura wspomina:

Gdy wyniosłem przed kuchnię żywność dla uciekinierów, zauważyłem żołnierza niemieckiego, który machał do mnie ręką i coś mówił, w niezrozumiałemu dla mnie języku. Na szczęście za chwilę podszedł br. Wincenty, który znał język niemiecki. Żołnierz zażądał, by wszyscy zakonnicy zebrali się w jednym miejscu. Wyjaśniliśmy, że w klasztorze bracia zawsze zbierają się na dzwonek. Poprosiliśmy, by pozwolił nam zadzwonić dzwonkiem. Zgodził się. Poszedłem najpierw do o. Maksymiliana i przedłożyłem mu całą sprawę. On, po zastanowieniu się, powiedział, bym zadzwonił. Pierwszy raz dzwoniłem urzędowym dzwonkiem klasztornym. Bracia wylegli na zewnątrz, zastanawiając się, dlaczego dzwonek dzwoni o tak niezwykłej porze. Wielu z braci miało roboczy strój, trepy na nogach i brudny habit. Gdy wszyscy się zebrali, żołnierz polecił nam uformować się w piątki i zapowiedział, że zostaniemy odprowadzeni do dowództwa w celu wylegitymowania. Ponieważ byliśmy bardzo słabo ubrani, poprosiliśmy o możliwość zmiany odzieży. Po chwili namysłu żołnierz niemiecki zgodził się na naszą prośbę. Oczywiście, policzył nas i zapowiedział, że jeśli ktoś ucieknie to inni zostaną rozstrzelani. Po przebraniu, znowu wszyscy zebraliśmy się na placu obok refektarza. Dowódca przeliczył nas i liczba nasza się zgadzała. Ponieważ w klasztorze przebywało 10 rannych, zwróciliśmy się z prośbą, by trzech zakonników mogło pozostać do opieki nad rannymi oraz do pilnowania klasztoru. Dowódca odparł, że do opieki nad klasztorem nie potrzeba nikogo, zaś do rannych może zostać dwóch. Wybraliśmy brata infirmarza i poprosiliśmy, by pozostał o. Maksymilian. On jednak się nie zgodził i odpowiedział, ze pójdzie z nami, dokądkolwiek nas zabiorą.

Otoczeni żołnierzami, którzy jechali na rowerach i szli pieszo, wyszliśmy w nieznane przez furtę klasztorną. Już po wyjściu z klasztoru jakaś młoda dziewczyna, widząc nas, podbiegła do niemieckich żołnierzy i z płaczem prosiła o to, by nas zwolniono. Widząc to, o. Maksymilian pocieszył ją, mówiąc, że niedługo powrócimy.

Droga, którą nas prowadzono, była zajęta prze niemieckich żołnierzy. Czekali oni na opróżnienie klasztoru, by móc do niego wejść i w nim się rozgościć.

Po dojściu do szosy warszawskiej kazano nam rozładować ciężarówki z pocisków przeciwpancernych, po czym wsadzono nas do nich i tak odjechaliśmy w nieznane.

c.d.n.

opr. Teresa M. Michałek

PRZECZYTAJ TAKŻE

DZIAŁALNOŚĆ
WYDAWNICZA